.
.
.
.
.
landing banner
Warsaw Perth Sydney
Sectors

Prawo winiarskie

Pojęcie apelacji w wydaniu europejskim jest w Australii niemal nieznane. Każde tutejsze wino posiada jakąś kontrolowaną nazwę pochodzenia, czyligeographical indication. Australijskie apelacje są przedziwną mieszanką nazw obszarów administracyjnych i nazw własnych różnych wzgórz, dolin, rzek, a nawet miast. Ta mieszanka rozrasta w sposób błyskawiczny, co - jak łatwo przewidzieć - staje się coraz bardziej skomplikowane i - poza kilkunastoma, no może kilkudziesięcioma rejonami, już dziś nie sposób obejść się bez szczegółowych przewodników. Ale taki rozwój sytuacji jest zupełnie naturalny, gdy koniecznością staje wyraźne rozróżnienie siedlisk o różnych charakterystykach, nawet jeśli leżą one w niewielkiej odległości od siebie.

 

Z grubsza rzecz biorąc - system zaczyna od administracyjnych granic Australii, a później przechodzi na układ czterostopniowy (w ujęciu europejskim): stan (w granicach administracyjnych), region (administracyjny lub winiarski), okręg i - czasami jeszcze podokręg (lub coś na sposób straokontynentowego cru). Oczywiście - nie wszędzie wszystkie poziomy zostały już zagospodarowane. Dlatego furorę robią m.in. wina tasmańskie - ta apelacja należy póki co do najbardziej przejrzystych, bo na etykietach znajdziemy wyłącznie pojedyncze określenie "Tasmania".

 

Australijskie prawo winiarskie różni się znacznie zarówno od europejskiego, jak i nowoświatowego. Mało tego, zdarza się, że to samo wino jest sprzedawane z inną nazwą pochodzenia na miejscu i np. w Europie. Podstawowa odmienność polega na tym, że w Australii w zasadzie nie rozróżnia się win stołowych od jakościowych, co stanowi podstawę klasyfikacji europejskiej. Rzecz jasna, można by założyć, że wino z nazwą pochodzenia (czyli geographical indication) Australia to wino stołowe (vin de table), Western Australia to wino regionalne (vin de pays), Barossa Valley to z kolei wino jakościowe (vin de qualité), a Polish Hill River to odpowiednik grand cru. Ale dla Australijczyków nie ma to większego znaczenia. Zresztą podawanie geographical indication nie jest tutaj nawet obligatoryjne, wystarczy podać (obowiązkowo) na etykiecie określenie Produce of Australia i nikt nie interesuje się, skąd pochodziły owoce użyte do produkcji, byle były australijskie. Nawet jeśli za wino trzeba zapłacić bardzo dużo.

 

Tutaj bardziej, i to znacznie bardziej liczy się nazwisko wytwórcy i sława wina lub winnicy, z której pochodzi. Wydaje się, że Australijczycy traktują klasyfikację win nieco na wzór alkoholi mocnych, gdzie ważne jest w jakiej kategorii jest pozycjonowany produkt przez samego wytwórcę - czy jest to wyrób np. podstawowy (supermarketowy), czy też jest promowany jako trunek klasy premium lub super premium. Stąd w Australii nikogo nie dziwi, że jakaś firma wytwarza wina w kartonach oraz takie, które stara się sprzedać jako wyroby z najwyższej półki. Stąd także prawem winiarskim i alkoholi mocnych zajmuje się jedno ciało.

 

Bardzo liberalnie traktowane są także inne dane, które zazwyczaj podaje się na etykietach. Nie trzeba tu podawać nawet nazwy własnej wina (marki), odmian, z których powstało, ani rocznika. W zasadzie - oprócz - kilku danych, obowiązkowych także w innych krajach (zawartość alkoholu, pojemność, itp.), należy podać tylko dokładny adres wytwórcy. Ale jeśli jest to wielki koncern - nigdy nie dojdziemy bez dogłębniejszego śledztwa, skąd pochodzi wino, i kto jest jego producentem. Bo taki potentat dysponuje kilkudziesięcioma wytwórniami, w których przerabia się owoce pochodzące z różnych obszarów.

 

Dlatego Europejczycy przywiązują ogromną wagę do pomniejszych obostrzeń, które znajdują się w prawie australijskim. Na przykład takich jak to, iż wina odmianowe muszą zostać wyprodukowane w co najmniej w 85 proc. z zadeklarowanej odmiany winogron, a jeśli posiadają wspomnianą nazwę pochodzenia - to 85 proc. owoców użytych do produkcji musi pochodzić z tego obszaru. Ale są to wymogi prawa Unii Europejskiej, które obowiązują wina eksportowane (obecnie także sprzedawane na miejscu). I jeszcze - bodaj najostrzejszy wymóg - jeśli trunek posiada rocznik na etykiecie - 95 proc. (do niedawna 85 proc.) wina musi pochodzić z deklarowanego roku.

Spotkać też można na etykietach win australijskich (sprzedawanych na miejscu) określenia pozornie kuriozalne, jak choćby best before (spożyć przed), obowiązkowe (!), jeśli wino nie powinno stać dłużej niż 2 lata na półce w sklepie.
 
Trzeba też pamiętać, że - podobnie jak w przypadku USA - Francja i inne kraje UE nie zdołały wywrzeć na Australii dostatecznej presji do podpisania pełnego traktatu o wzajemnej ochronie nazw pochodzenia, i ciągle można tu spotkać wina ze znajomo brzmiąco nazwami: Burgundy, Chablis, Champagne, Claret, Graves, Marsala, Moselle, Port, Sauternes, Sherry czy White Burgundy. Rzecz oczywista - takich win nie znajdziemy w australijskiej ofercie na europejski rynek. Poza tym ilość win o takich nazwach systematycznie spada.

Australijską legislacją winiarską zajmuje się ciało pod nazwą Wine Australia.  

.